
O tym jak Józef Mehoffer malował polichromię w kościele w Lubieniu
Maleńki, skryty wśród lasów piotrkowskich kościół w Lubieniu jest znany wielu mieszkańcom Ziemi Piotrkowskiej. Wybudowany na miejscu kościółka drewnianego, który uległ pożarowi, przyciąga do siebie z powodu polichromii znajdującej się w prezbiterium świątyni. Jej autorem jest znany polski malarz, który w roku 1942 stworzył malowidła, będące czymś niezwykłym w tym wiejskim kościółku budowanym – z braku funduszy – przez wiele lat.
Ilekroć w nim jestem, a jestem kilka razy do roku, zachwyca mnie jego wnętrze, bo to co widzę przed sobą to prawdziwy dowód na to, że wspaniała sztuka i znany twórca może trafić do maleńkiej wioski.




Józef Mehoffer, związany na stałe z Krakowem, trafił do Lubienia dzięki ks. Andrzejowi Knasiowi, który przyjechał na początku 1942 roku do dawnej stolicy Polski, bo – jak pisze żona Mehoffera – „uważając ustną rozmowę za bezpieczniejszą w atmosferze grozy wojennej”. Nieliczne zachowane listy informują o pracach przy lubieńskim zleceniu. W liście z 11.02 adresowanym do ks. Knasia Józef Mehoffer pisze: „Przewielebny Księże Proboszczu po rozmowie z Księdzem Proboszczem, rozpocząłem dowiadywać się o obecne stosunki w handlu farbami i w ogóle materiałami malarskimi i dowiedziałem się, że bardzo już trudno o te materiały w dobrej jakości. Dziwnym jednak wypadkiem właśnie w Państwowej Szkole Przemysłu Artystycznego znalazł się do odkupienia zapas farb i pędzli, jako też okazała się możliwość zapewnienia sobie jeszcze dodatkowo pewnej ilości tego, co brakuje. Od razu założyłem potrzebną kwotę mianowicie 450 zł tak, że przypuszczalnie zapotrzebowanie farb byłoby już zapewnione” , w kolejnym zaś pisze: „Oprócz tego potrzebny będzie jeszcze zapas terpentyny (około 100 litrów). (…) Wymaga ona większej ilości oleju lnianego, — bo ściany muszą być pokostem przeciągnięte. Sądzę, że potrzeba przygotować ok. 400 litrów oleju. Potrzebny będzie żelazny kocioł do gotowania pokostu, gdyby na miejscu był duży żelazny kocioł (na powidła), to można by go użyć (…)”.
W liście z 20 lipca 1942 (wystawionym niedawno na licytacji na jednym z portali) Mehoffer prosił o rezerwację hotelu w Częstochowie, by móc „przyjechać pociągiem pospiesznym około 2 w nocy, tam przenocować i na drugi dzień pojechać pociągiem osobowym, który się zatrzymuje na stacji Rozprza”. Nadmienia on, że w tym hotelu zatrzymywał się ks. Knaś jadąc do Krakowa.
Pani dr Beata Studziżba-Kubalska w swoim artykule o polichromii Mehoffera w Lubieniu cytuje list ks. Knasia, który w odpowiedzi artyście, pisał w liście z 18.02.1942 r.: „Magnificencjo! Radość niewypowiedziana zalała mą duszę do tego stopnia, że sam uwierzyć nie mogę, jak to się stało i jak to się stać mogło, że tyle miłości i troski dla oddalonego, cichego zakątka wsi w sercu Magnificencji się znalazło. Bóg zapłać za wszystko. Posyłam kobietę prostą, ale (…) mającą rutynę w przewożeniu różnych materiałów, jako że stale podróżuje dla powszedniego chleba, — która zajmie się przewiezieniem nabytego materiału dla Lubienia. Według mego zdania należałoby całość nabytego materiału podzielić na trzy części lub na cztery i oddzielnie zapakować, co wykonać musi techniczny fachowiec pracujący w tym resorcie. Resztę załatwiłaby posłana kobieta i na pewno da sobie radę. (…) Niezmiernie ważną rzeczą dla bezpieczeństwa przewozu byłoby uzyskanie zaświadczenia ze Szkoły Przemysłu Artystycznego o nabyciu 100 kg farb klejowych dla kościoła w Lubieniu, dla uniknięcia w pociągu ewentualnych rewizji (…). Oczekując dalszych instrukcji pozostaję z wyrazami najgłębszej czci”.
W pracach nad polichromią pomagali mistrzowi Franciszek Hayder – jego uczeń, oraz Kazimierz Banaś i Stefan Brzozowski.

Już po rozpoczęciu prac aresztowano ks. Knasia (nadano mu numer 38074, przybył do obozu Auschwitz 06.06.1942 r., zginął 14.09.1942 r. w KL Auschwitz), a opiekę nad parafią przejął ks. Ewaryst Gałązka. Jak pisze wspomniana wcześniej dr Beata Studziżba-Kubalska „Mehoffer odwiedzał Lubień zapewne dwukrotnie: przybył tu niewątpliwie na zaproszenie ks. Gałązki w początkowej fazie prac nad dekoracją, z początkiem września”. Swą zaś kolejną wizytę tak oto opisuje artysta w liście do żony z 1 listopada: „dobiłem się do Lubienia przy miłej, jesiennej pogodzie, nie potrzebowałem wyciągać ciepłych rzeczy, bo ksiądz wysłał burkę. Przy zmierzchu oglądaliśmy kościół. Ściany pod stacje już wymalowane bardzo starannie, trochę za nikło, dzisiaj dociąga się je do wyrazistości przez lekki modelunek czarniawy. Wieża efektowna, prawie aż zanadto wyrazista (…). Roboty właściwie jest jeszcze dosyć, bo tu i ówdzie dociągnięcia i wzmocnienie, ale jest nadzieja, że w tym tygodniu powinien być koniec. […]. Po południu zabieram się do żłobka. Zaglądały do kościoła różne „szpice”, których przyprowadził nadleśniczy, à propos dyskusji o wyższości kultury niemieckiej. Podobno zdębieli a jeden powiedział, że to „będzie „Mekka”. Naturalnie parafianie to widzą, więc im imponuje”.
W księdze parafii Lubień Józef Mehoffer napisał: „Czuję się szczęśliwym, że mogłem raz jeszcze w życiu ozdobić wiejski kościół. Oby jak najwięcej dzieł sztuki rozsiało się po szerokich połaciach naszej ojczyzny, oby mnożyły się i kiełkowały jak nasiona, które dobroczynny wiatr niesie na los wypadku. Wysoka kultura kraju sprawi, że potomkowie nasi czuć będą, że zamieszkują kraj nie stojący w tyle poza innymi, i że sami nie są pośledniejszego gatunku od innych bogatszych i szczęśliwszych narodów. Pracowałem dla Lubienia jak mogłem najlepiej a towarzyszyli mi pracownicy pełni zapału i ożywieni prawdziwą miłością sztuki”.
Dzieło Mehoffera jest skarbem kościoła w Lubieniu. O ten skarb dbali kolejni gospodarze świątyni i warto, by każdy mieszkaniec gminy Rozprza i Ziemi Piotrkowskiej mógł je obejrzeć.